La Baule-les-Pins 1990 Napisy 01:33:20

zwiń opis video pokaż opis video
Dodał: Crazy Juliet
Na koniec lata.
Cudowny film Diane Kurys o dwóch małoletnich siostrach, które spędzają wakacje nad morzem z rodziną.
Mnóstwo zabawnych perypetii, trochę smutku i nostalgii.
Przyznam, że obejrzałam pierwszy raz dopiero w tym roku i
film od razu stał się jednym z moich ulubionych w ogóle.
Najbardziej rozbraja mnie scena gdy Valeria łka przez telefon jak to obmierzłe są te dwie dziewuchy a one słuchają tego popisu i patrzą na siebie z niedowierzaniem.
Wykonałam napisy głównie z angielskiego ale też trochę z dwóch tekstów francuskich i zaczął mnie stopniowo szlag trafiać,
bo w każdym było co innego,
np podczas krótkiej gry w karty w tłumaczeniu angielskim mówili co innego niż w jednym francuskim i drugim francuskim.
Zaczęłam już gryźć wędzidło, aż pomyślałam:
- czym ja się przejmuję, większości widzów i tak nie zrobi to jakiejkolwiek różnicy.
Więc już przestałam doszukiwać się różnic i zrobiłam tak jak w miarę było dobrze.
Vincent Lindon który wygląda zupełnie jak Lou Reed,
i Nathalie Baye która wygląda jak moja koleżanka ze studiów.
Ten film jest fenomenalny.
Końcówka naprawdę oddaje słodko-gorzki klimat końca lata.
Oglądając ten film naprawdę jestem szczęśliwa.
I trochę też się wzruszam.
Wiecie, że Valeria gra raczej takie smętne dziunie, tutaj jako sekutnica bardzo mi się podoba.
Nawet jak te dzieciaki gratulują Titi, że zawiązał sznurowadło, to jest takie słodkie, że aż mi się cieplej robi...

Chciałam jeszcze napisać, że 28.09 minęło 20 lat od wydania płyty Anniemal, pisałam o tym w tym dniu, ale film który wówczas zamieściłam wyparował, więc piszę jeszcze raz.
Annie jak na swoje możliwości nie odniosła zasłużonego sukcesu.
Tę płytę poznałam, wstyd się przyznać, dopiero w tym roku, i z początku sceptycznie do niej podeszłam, ale odsłuch po odsłuchu przyznaję, że jest fenomenalna.
Wszystko idealnie ułożone i skomponowane.
Warto znać choćby Chewing Gum,
piosenkę w której wypluwanie zużytej gumy
jest metaforą pozbywania się zużytego faceta.
Bardzo inspirujące i dużo w tym prawdy.

Uaktualnienie:
Do Pana grzmiącego na destruktywny wpływ rozwodów na dzieciarnię, zamieszczam wyjątek z książki Matryca, opisującej m.in. badania bliźniąt jednojajowych wychowujących się w innych rodzinach, by raz na zawsze zażegnać te głupoty o wszechogarniającym wpływie wychowania:

"W pierwszej analizie genetycznej stresujących wydarzeń życiowych,
przeprowadzonej w 1990 roku w ramach Swedish Adoption/Twin Study of
Aging (SATSA), badaliśmy szwedzkie pary bliźniąt w średnim wieku –
zarówno te rozdzielone po urodzeniu, jak i te wychowywane razem[14].
Uczestnicy wypełniali kwestionariusz zwany Social Readjustment Rating
Scale (SRRS, skala oceny ponownego przystosowania społecznego, skala
stresu Holmesa i Rahe’a)[15], wykorzystany w ponad 5000 badań jako
narzędzie do oceny wpływu środowiska i zawierający standardowe itemy,
takie jak zmiany w relacjach z innymi, statusie finansowym czy choroby.
Dodatkowo, ponieważ nasze bliźnięta miały średnio sześćdziesiąt lat,
posłużyliśmy się wersją ankiety zawierającą także pozycje związane
z wydarzeniami występującymi częściej w podeszłym wieku, takimi jak
przejście na emeryturę, utrata sprawności seksualnej czy zainteresowania
pożyciem, a także śmierć współmałżonka, rodzeństwa czy przyjaciół.
Byliśmy zaskoczeni, kiedy odkryliśmy, że wyniki bliźniąt jednojajowych
były dwukrotnie bardziej zbliżone do siebie niż w przypadku bliźniąt
dizygotycznych (korelacja, odpowiednio, 0,3 i 0,15). Ten sam wzorzec
widoczny był u bliźniąt wychowywanych osobno przez różne rodziny.
Korelacje te wskazują, że dziedziczne różnice w DNA odpowiadają za około
30% zmienności między ludźmi. To niesamowite, zawsze bowiem zakładano,
że stresujące wydarzenia życiowe mają podłoże wyłącznie środowiskowe,
a tymczasem okazuje się, że u źródła niemal jednej trzeciej wariancji leżą
geny.
Jak to się dzieje, że możemy wykazać wpływ czynników genetycznych na
stresujące wydarzenia życiowe? Kwestionariusz, którego użyliśmy,
odnotowywał, czy dane zajście miało miejsce oraz ewentualną reakcję na nie.
Wpływ czynników genetycznych na osobowość może odbijać się na obydwu
tych wymiarach. Różni ludzie, mówiąc „poważna choroba lub uraz”, „kłopoty
finansowe” czy „zerwanie relacji”, mają na myśli zgoła co innego.
Osobowość ma szczególny wpływ na to, na ile tego typu incydenty wpływają
na nich: optymiści patrzą na nie przez różowe okulary, podczas gdy pesymiści
nakładają na nie szary filtr.
A co ze stresującymi wydarzeniami jako takimi, niezależnie od
postrzegania? Rozwód jest dobrym przykładem obiektywnie istniejącego
zdarzenia, dla większości z nas jednego z najbardziej stresujących epizodów
w życiu. Pierwsze genetyczne badanie rozwodów wywołało zamieszanie.
Wśród 1500 dorosłych par bliźniąt zgodność pod względem rozwodów była
znacznie większa u rodzeństw mono- niż dizygotycznych (55% versus 16%),
co wskazuje na istotny wpływ genów na rozwody. Wniosek, że na rozwód
mogą mieć wpływ czynniki genetyczne, wydawał się tak niedorzeczny, że
w „USA Today” nazwano to badanie „uosobieniem kretynizmu”. Czy jednak
przekonanie, że na wydarzenia obiektywne, takie jak rozwód, mogą mieć
wpływ nasze genetycznie uwarunkowane, dogłębne różnice
w osobowościach, rzeczywiście jest „uosobieniem kretynizmu”? Przeciwnie
– moim zdaniem nierozsądnie jest zakładać, że przeżycia takie jak rozwód po
prostu się nam przytrafiają, jakbyśmy nie mieli z nimi nic wspólnego.
Mam nadzieję, że w tym punkcie naszej opowieści stało się już jasne, że –
wbrew temu, co krzyczały nagłówki prasowe w tamtym czasie – wyniki te nie
sugerują istnienia „genu rozwodu”, który miałby sprawiać, że niektóre osoby
są niejako zaprogramowane, żeby się rozwieść. Nie ma też żadnych „złych
genów”, które pozbawiałyby ludzi widoków na udane małżeństwo.
W kolejnych badaniach wykazano, że pewne cechy osobowości wyjaśniają
jedną trzecią wpływu składowej genetycznej na rozwody[16]. O dziwo,
rozwodzimy się częściej, jeśli jesteśmy emocjonalni, spontaniczni, radośni
i zaangażowani w życie. Żaden z tych aspektów osobowości sam w sobie nie
jest zły – tak naprawdę to jedne z tych cech, które sprawiają, że uważamy
kogoś za dobrego kandydata na męża czy żonę.
Od dawna wiadomo, że dzieci rozwiedzionych rodziców częściej same się
rozwodzą. Możliwe środowiskowe wyjaśnienia tego zjawiska przywodzą na
myśl na przykład trudności w nawiązywaniu więzi wynikające z konieczności
przechodzenia przez rozwód rodziców czy brak właściwego wzorca stabilnej
relacji. Niemniej jednak niedawno przeprowadzone w Szwecji badanie
adopcyjne dowiodło, że związek między rozwodami rodziców a rozwodami
dzieci ma podłoże genetyczne, a nie środowiskowe[17]. Dla 20 000 biorących
w nim udział adoptowanych osób prawdopodobieństwo rozwodu było
większe, jeśli niewychowująca ich biologiczna matka w późniejszym okresie
życia się rozwiodła, niż kiedy rozwiedli się dający im dom przybrani rodzice.
Wynikający z badań wskaźnik odziedziczalności dla rozwodu wynosi 40%.
Daleko mu do 100%, co oznacza, że czynniki pozagenetyczne również są
istotne. Niemniej jednak genetyka pozostaje najważniejszym systematycznym
czynnikiem wpływającym na rozwód. Po wzięciu pod uwagę czynników
genetycznych – co, jak widzieliśmy na przykładzie szwedzkich badań
adopcyjnych, jest kluczowe – nie zidentyfikowano żadnego środowiskowego
predyktora rozwodów. Rozwód rodziców jest najtrafniejszym wskaźnikiem
pozwalającym przewidzieć rozwód dzieci, ale związek ten, najczęściej
interpretowany jako środowiskowy, tak naprawdę zawdzięczamy genetyce.
Tak więc rozwód nie jest czymś co po prostu – przypadkowo – nam się
przydarza. To my tworzymy i zrywamy nasze związki. Nie jesteśmy jedynie
biernymi obserwatorami na łasce kapryśnych wydarzeń, które gdzieś tam „się
dzieją”. Jak zawsze, tak i tym razem wpływ genów oznacza tylko tyle –
wpływ, a nie z góry zaprogramowany genetyczny determinizm. Nie istnieje
schlimazel (słowem tym określa się w jidysz pecha) DNA, który
przyciągałby ciosy od losu."

Dziękuję za uwagę.

Komentarze